Od kiedy zaczęła się ta kwarantanna, czuję się z każdym dniem coraz bardziej przybita. I to wcale nie przez wiadomości o koronawirusie, bo przeczytałam na ten temat może tylko jakiś jeden artykuł i to na początku epidemii, więc to nie w tym rzecz.
Ja po prostu przez ten ostatni czas trochę przestałam istnieć. Wszędzie pojawiają się apele, żeby zostać w domu, no to zostaję. Całymi dniami nie robię zupełnie nic, bo po prostu brak mi siły i motywacji. Czasem zdarzy się trochę lepszy dzień, to staram się szybko zrobić wszystko, co mam do zrobienia, bo wiem, że zaraz nie będę w stanie wstać z łóżka. Zgubiłam sens tego wszystkiego.
Piszę ze znajomymi, wszystko niby jest okej, ale... nie jest. Zresztą już coraz mniej mi się chce odpisywać na wiadomości na messengerze. Czuję się źle. Nikomu już o tym nawet nie mówię. W domu pytają mnie, dlaczego śpię w tych samych ubraniach już tydzień z rzędu, czemu jestem taka przygnębiona. Ale ja po prostu nie wiem. Czy to efekt izolacji? Wątpię. Wcześniej aż tak nie brakowało mi ludzi, a teraz nie wiem, co robić, a jest coraz gorzej. Dni przelatują mi przez palce, życie przelatuje mi przez palce.