Od dziecka potrafię „łapać” obecności. Nie widuję zmarłych, nie słyszę ich fizycznym uchem, ale wiem, kiedy ktoś z tamtej strony jest obok. Czasem przychodziły tylko na chwilę – z zaciekawieniem, czasem z prośbą. Czułam ich intencje, ich ból, ich zagubienie. Zdarzało mi się rozmawiać z nimi w myślach, jakby jakaś część mojego umysłu odbierała częstotliwość, która dla innych jest zamknięta. Nigdy mnie to nie przerażało. Czasem nawet pomagałam.
Ale od jakiegoś czasu coś się zmieniło.
Zaczęło się niewinnie. Uczucie spojrzenia – intensywnego, bardzo skupionego. Jakby ktoś stał za mną i próbował zmusić mnie, żebym się odwróciła. Czułam je zawsze w tym samym miejscu – przy biurku, wieczorem. Ciepło lampek, zapach herbaty, kot śpiący obok – wszystko wydawało się normalne. Poza tym wzrokiem. Palącym. Upartym.
Po kilku dniach poczułam go też przy łóżku. I wtedy zaczęły pojawiać się słowa – nie wypowiedziane, ale wyraźne. Nie moje. To był męski głos, głęboki, ale jakby z pogłosem. Wydawał się czysty, nienacechowany emocją, a jednak wywoływał coś, czego nigdy wcześniej nie czułam. Był chłodny, bardzo rzeczowy. Ale kiedy mówił, czułam się zupełnie naga. Rozebrana z myśli, z obrony. Mówił rzeczy, które tylko ja mogłam wiedzieć. Przypominał mi wydarzenia z dzieciństwa, których nikt nie zna – niektóre, o których ja sama chciałam zapomnieć.
To nie był duch. Przynajmniej nie taki, jakiego znałam. Nigdy nie podał imienia. Nie szukał pomocy. Po prostu był. I mówił. O tym, jak zmarnowałam swój czas. Jak nie jestem „gotowa”. Jak za dużo słyszę, ale za mało rozumiem. I że „dlatego wybrano mnie wcześniej, niż powinnam”. Nie mam pojęcia, co to znaczy.
Nie mówi codziennie. Ale gdy już to robi, czuję, że nie mogę przerwać. Nie mogę go zagłuszyć. Kot wtedy wychodzi z pokoju. Ciało robi się jakby zimne w środku. I co najgorsze – nie czuję go nigdzie konkretnie. Nie jest „za mną” ani „obok mnie”. Jest we mnie. Jakby przesiąkał moje własne myśli. A ja tylko słucham.
Przez lata przyzwyczaiłam się do obecności. Ale ta jest inna. Nie nachalna. Nie groźna w sposób oczywisty. Ale coś we mnie mówi, że to nie powinno mnie spotkać. Że nie jestem gotowa na ten kontakt. Że jeśli go do końca zrozumiem – coś we mnie pęknie.
Czy ktoś z Was kiedyś czuł coś podobnego? Obecność, która nie rusza niczego, nie robi hałasu, ale porusza coś w środku – jakby grzebała w myślach i przestawiała je po swojemu? Jak to odróżnić od własnego umysłu…? I co, jeśli to jednak nie jestem ja?